Kiedy będę chciała
pomodlić się do Ciebie,
usiądę na skraju pola.
Zawsze tam przychodzisz.
Siadasz na miedzy pod wierzbą
i czekasz.
Ludzie ciągną do Ciebie jak do znachora
Z kłopotami, bolączkami, czasem z podzięką.
A Ty jak stary, wracający do gniazda bocian
rozpościerasz skrzydła
nad wszystkim i błogosławisz.
I choć Bogiem jesteś
Nie chcesz, by
całowano Cię po rękach.
Wystarcza Ci szczera wiara
i pokora zgiętych kolan.
Kiedy będę chciała,
wyszeptać Ci monolog o życiu,
pozwól mi na to.
Ponoć, co z myśli, to z serca.
I
nic tak nie pokrzepi serca,
jak kapliczka kory płaczącej
pod Twoim oddechem.
Ludzie wybraliby dęba,
Ty starą polską wierzbą
nie gardzisz.
Teresa Elżbieta Pyzik


